Polesie Wołyńskie: królestwo komarów, muszek i innych bydląt

Tu przedstawiamy nasze relacje z górskich wypraw i innych wyjazdów oraz imprez forumowiczów. Ten dział jest przeznaczony dla osób, które chcą opisać swoje relacje i/lub pokazać zdjęcia ze spotkań nie będących Klubowym Zjazdem lub Górską Wycieczką Klubową

Moderatorzy: HalinkaŚ, Moderatorzy

Awatar użytkownika
Pudelek
Turysta
Turysta
Posty: 2696
Rejestracja: 23 czerwca 2008, 17:43
Lokalizacja: Oberschlesien

Polesie Wołyńskie: królestwo komarów, muszek i innych bydląt

Post autor: Pudelek » 27 maja 2018, 22:29

Późna wiosna jest okresem, kiedy od kilku lat wyruszamy na wschód Polski. Wędrówka wzdłuż granic to już świecka tradycja, podobnie jak zasada naprzemienności: jeden rok w kierunku północnym, drugi południowym. Ostatnio maszerowaliśmy po Suwalszczyźnie, zatem tym razem przyszła pora na rejony, gdzie skończyliśmy przygodę jeszcze rok wcześniej...

W 2016 ostatecznie dotarliśmy do Chełma, więc tego roku chcieliśmy tam startować. Wyjazd zaczynam - jak zwykle ostatnio - od jajecznicy i piwa z małego browaru w hipstersko-burżujskiej knajpie, następnie spotykam się z Eco i razem wchodzimy do pociągu, w którym czeka już Buba! Ładujemy się do przedziału, w którym przyjdzie nam spędzić kolejne 5 godzin...

Za oknami szaro i buro, potem zaczyna padać. Piękna wiosna obecna przez cały kwiecień nagle gdzieś się schowała. Nie psuje to nam jednak humorów, zwłaszcza, że przez całą drogę trwają ciągłe rozmowy, do których włącza się nawet jedna ze starszych pań (specjalistka od domowych nalewek ;)). Mijamy kolejne ważne i wielkie miejscowości, jak np. Włoszczową, na której - o dziwo - wysiadło dość sporo osób.

Krytycznym punktem podróży był Radom, gdzie mieliśmy się przesiąść do autobusu zastępczego - czas na to wynosił około 10 minut, a jeszcze złapaliśmy spóźnienie. Na szczęście wszystko udało się idealnie, więc w coraz lepszym humorze zmierzamy ku naszemu dzisiejszemu celowi...

Andrzej postanowił zadzwonić do schroniska młodzieżowego, w którym mieliśmy rezerwację.
- Dzień dobry. Chciałem potwierdzić przyjazd. Będziemy około 21-szej, bo za niedługo mamy Lublin.
Chwila ciszy i wysłuchiwanie drugiej strony.
- Tak, Lublin. Nie, nie Wrocław.
Głos Eco zaczął lekko się zmieniać.
- Ale zaraz, to jest schronisko w Chełmie?
Napięcie rośnie.
- Jaki Kamień??! Na Dolnym Śląsku?! Przecież ja rezerwowałem w Chełmie!
Atmosfera zgęstniała. Takiego rozwoju sytuacji nikt się nie spodziewał! Okazało się, iż z PTSM-em, w którym nocowaliśmy dwa lata temu, ciężko się skontaktować: dwa podane telefony milczą, na maile nie odpowiadają. Wreszcie Eco znalazł trzeci numer i się dodzwonił. Osoba przyjmująca rezerwacje nie podawała swojego położenia, a Andrzej nie pytał, skoro na oficjalnych stronach był to kontakt do schroniska w Chełmie! Podobno to już któryś z kolei przypadek tego typu, ale winnych nie ma i nikt z tym nic nie robi! Kolejne osoby będą przeświadczone, iż klepią sobie łóżko w województwie lubelskim, a tymczasem będą na nich czekać w dolnośląskim!

Na sam początek dostaliśmy po dupie. Licho nie mogło odpuścić, zresztą zaatakowało podwójnie, bowiem kilka dni wcześniej Buba skręciła sobie nogę i teraz jedzie z usztywnieniem.

No i co teraz zrobimy??

Na razie wysiedliśmy w Lublinie, gdzie nawet pojawiło się słońce.
Obrazek

Zaglądamy do znanej nam nieodległej spelunki o szerokości klatki schodowej, w której mieści się bar, kibel, krzesła oraz kilku nietrzeźwych mężczyzn. Po tej wizycie Andrzej oślepł, bowiem zdołał się zgubić na kilkusetmetrowym odcinku dzielącym lokal od dworca kolejowego :D. Szedł tuż za mną, potem zagadany gdzieś zniknął i musiał dzwonić, aby mnie odnaleźć. Następnie znów stracił mnie z oczu i drugi telefon był już bardziej dramatyczny, bowiem za chwilę miał odjechać nasz pociąg podstawiony na jakimś oddalonym peronie ;).

Tym razem skończyło się szczęśliwie i pomknęliśmy torami podziwiając m.in. drewniany dworzec w Minkowicach i ceglany w Kaniach. Oba powstały na Kolei Nadwiślańskiej uruchomionej w latach 70. XIX wieku. Gdzieś czytałem, że ten drugi zagrożony jest wyburzeniem.
Obrazek
Obrazek

Wraz z kolejnymi kilometrami atmosfera się poprawia, zapewne dzięki uszczuplaniu zawartości plecaków ;). Rozmowy schodzą na tematy historyczne, m.in. opisuję dzieje Chełma w okresie rozbiorów. Nagle wtrąca się jakiś facet:
- Chełm był w zaborze austriackim!
- Od kiedy? - pytam przewrotnie.
- Od zawsze!
Ahaa. Patrząc na wyraz jego twarzy dalsza dyskusja nie miała najmniejszego sensu. Zresztą raczej nie usłyszałby kwestii Eco:
- To czemu wszędzie pełno mogił po powstaniu styczniowym?
Zapewne tutejsi powstańcy walczyli - z przekory - z Austriakami zamiast Rosjanami ;).

Pogoda znów się zmienia - leje i to ostro, choć chwilowo. W Chełmie jesteśmy około 20.30. Buba kuśtyka do taksówkarza, pytając się o cenę kursu. Jest taki niski, że wsiadamy w trójkę. Taryfiarz zawozi nas pod PTSM, gdzie umierają resztki nadziei: budynek zamknięty na głucho, w oknach znane numery telefonu: jeden nie działa, a drugi na Dolny Śląsk!!

Z beznadziei wyrywa nas kierowca taksówki - zna namiary na tani nocleg. Dzwonimy, jest miejsce w cenie 32 złotych! Bierzemy! Jedyny minus to oddalenie od centrum, lecz w tym momencie nas to kompletnie nie interesuje.

Podjeżdżamy pod duży gmach przypominający blok. W środku coś na kształt recepcji. Dostajemy pokój na czwartym piętrze. Z kiblem, prysznic jest piętro niżej :D. Nieważne!

W oczekiwaniu na zameldowanie łażę po korytarzu i czytam napisy na drzwiach: NFZ, sklep rehabilitacyjny, Związek Zawodowy Pielęgniarek, NSZZ Solidarność, Izba Lekarska... Kurna, jesteśmy w szpitalu??

Prawie, bowiem to obiekt administracyjny pobliskiej placówki wojewódzkiej. Na samej górze mieści się "hostel dla osób z zaburzeniami psychicznymi", czyli w sam raz dla nas :P!
Obrazek

Wchodząc do pokoju przypominającego czeskie noclegownie czujemy, jak opadają emocje - a jednak to my okazaliśmy się zwycięzcami w pojedynku z lichem! Na deser dnia uderzamy do pizzerii (takie lokale dominują w mieście), gdzie karmią nawet smacznie, a wódkę leją spod lady. W końcu zaczyna się weekend :).

Po tym przydługim wstępie czas na konkrety - poranne zwiedzanie Chełma (Chełmu?). Wieże kościołów wyznaczające centrum doskonale widać z okna naszej kwatery, a pogoda postanowiła jeszcze się nie poprawiać.
Obrazek

Buba oszczędza swoją skręconą nogę i zostaje, ja i Andrzej korzystamy z taksówki. Zamawiamy kurs na rynek.
- Ale jaki? - pyta kierowca. - Warzywny czy odzieżowy?
- Eeee... - kompletnie nie wiemy co odpowiedzieć. - Ten główny.
- No to warzywny.
I zawiózł nas... pod targowisko :D! Nie wiem, może na wschodzie Polski rynek i targ są synonimami? Na szczęście i tak było to blisko prawdziwego głównego placu.

Chełm (Холм) to ośrodek z bogatą historią. Dawne miasto królewskie Rzeczpospolitej Obojga Narodów, stolica ziemi chełmskiej będącej częścią województwa ruskiego. W XIX wieku jej miejsce zastąpiła gubernia chełmska. Okolica była w ciągu jednego tylko stulecia intensywnie rusyfikowana, polonizowana, ukrainizowana i ponownie polonizowana, tym razem skutecznie.
Obrazek

Chełm to także największe miasto Polesia Wołyńskiego - tą nazwę słyszy się rzadko, gdyż Wołyń kojarzy się z mordami na Ukrainie, a Polesie bardziej z terenami zza wschodnią granicą. Jeszcze rzadziej mówi się o Rusi Czerwonej, gdyż ta to już w ogóle źle brzmi :P.

Pamiątką po burzliwej przeszłości są m.in. kościoły. Niedaleko rynku wznosi się barokowy Rozesłania Świętych Apostołów. W środku są już ludzie zbierający się na poranną mszę.
Obrazek
Obrazek

Jądrem pierwotnego miasta była tzw. Wysoka Górka, zwana też Górką Zamkową. Znajdował się tu kiedyś zamek władców Rusi Halickiej. Obecnie zdominowana jest przez Bazylikę Narodzenia Najświętszej Maryi Panny.
Obrazek

Początkowo stała tu cerkiew - najpierw prawosławna, potem unicka. Współczesna świątynia została wybudowana w XVIII wieku i służyła właśnie unitom. Po likwidacji tego kościoła w Imperium Rosyjskim włączono ją w struktury prawosławne, a po 1918 roku w rzymsko-katolickie. W okresie II wojny światowej na krótko przejęli ją Ukraińcy i znów zamienili na sobór, który ponownie stał się kościołem rzymskim za PRL-u.

W stronę drzwi zmierzają młodzi komuniści z rodzicami, więc tylko zerkamy do środka: z cerkiewnego wystroju do dziś nic nie zostało, natomiast w ołtarzu umieszczona jest kopia Chełmskiej Ikony Matki Bożej (oryginał przebywa w Łucku).
Obrazek

Przykatedralną dzwonnicę wznieśli Rosjanie około 1878 roku jako symbol zwycięstwa prawdziwej wiary nad unitami. Po odzyskaniu niepodległości były plany jej zburzenia, lecz na szczęście przetrwała i po przebudowie służy jako punkt widokowy.
Obrazek

Od strony wschodniej zabudowania kościelne zabezpiecza Brama Uściłuska - jedyny zachowany w całości obiekt obwarowań i najstarszy budynek w mieście (z 1616 roku). Za nią rozciąga się park XXX-lecia (a przynajmniej do niedawna tak się nazywał), wybudowany częściowo w czynie społecznym.
Obrazek
Obrazek

Najwyższym punktem Górki Zamkowej jest wczesnośredniowieczne grodzisko. Kiedyś było ono nawet wyższe, lecz władze carskie splantowały je i wybudowały kaplicę. W 1921 roku została ona rozebrana przez Polaków, a na fundamencie powstał "Kopiec X-lecia niepodległości".
Obrazek

Panorama z niego raczej marna, widoczność w takiej pogodzie kiepska, choć nasz hostel dla osób z zaburzeniami psychicznymi widać ;).
Obrazek

W sąsiednim lasku zachowały się resztki cmentarza prawosławnego - widok dość smutny. Kilkadziesiąt nagrobków ginie wśród krzaków i z wolna niszczeje.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Poniżej w czasie I wojny światowej założono nekropolię wojskową. Spoczywają tu żołnierze niemieccy i rosyjscy, polscy z września 1939, a także ci walczący w latach 40. z podziemiem (polskim i ukraińskim). Całość jest mocno zaniedbana, nawet groby tych "poprawnych politycznie". Tyle się plecie o patriotyzmie, ideałach, bohaterach, ubiera bzdurne "patriotyczne" koszulki, uczestniczy w marszach z pochodniami i racami, ale jak trzeba zrobić coś rzeczywiście sensownego to jakoś nie ma chętnych...
Obrazek
Obrazek

W dolnej części pochowano kilkudziesięciu czerwonoarmistów. Jest też kwatera "zasłużonych". Na kilku nagrobkach widać wpis, iż zmarły był członkiem KPZU, czyli Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy. Obszar jej działalności obejmował przedwojenne polskie województwa południowo-wschodnie, a większość jej działaczy została stracona w czasie stalinowskiej wielkiej czystki. Ci tutaj musieli mieć duże szczęście lub siedzieć w sanacyjnych więzieniach.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Rzędy grobów uzupełnia rzeźba z minionego systemu ozdobiona orłem bez korony. Ciągle jeszcze mu jej nie doklejono.
Obrazek

W drodze powrotnej mijamy cerkiew św. Jana Teologa - jedyną nadal czynną w mieście. Wybudował ją carski rząd w połowie XIX wieku jako świątynię wojskową, ale w związku z szybko rosnącą liczbą wiernych po kilkunastu latach zmieniła funkcję na parafialną. W okresie międzywojennym w Chełmie mieszkało jeszcze około 5 tysięcy prawosławnych, więc konieczna stała się jej powiększenie.
Obrazek

W przeciwieństwie do poprzednich lat tegoroczny wyjazd zaczęliśmy w piątkowe przedpołudnie, więc całą sobotę spędzamy już na Kresach. Nie ma gonitwy, napiętych terminów. Spokojnie wracamy do hostelu, robimy zakupy, bierzemy prysznic (osoby z zaburzeniami psychicznymi zapewne dałyby radę skorzystać z kabiny na podwyższeniu, ale już otyłe i z chorymi stawami niekoniecznie) i jemy śniadanie.

Następnie po raz czwarty bierzemy taksówkę. Kierowca zjawił się na określoną godzinę, poczekał, zawiózł na dworzec autobusowy i zainkasował astronomiczną sumę 15 złotych! Przyzwyczajony jestem, że w historycznej stolicy Górnego Śląska taksiarze nawet się nie ruszą za taką kwotę, a tu proszę - miła odmiana!

Opuszczamy Chełm i kierujemy się w kierunku granicy. Eco chciał podjechać do wioski Stulno i stamtąd przejść lasami do wieży widokowej nad Wolą Uhruską. Plany swoje, a licho swoje - autobusy do niej odjeżdżają nie z dworca, ale z postoju busików. Komunikacja międzymiastowa jest tu pokręcona, bo dodatkowo niektóre zatrzymują się tylko na jakiś odległych ulicach, przez co obcy człowiek ma problem w tym wszystkim się połapać. Ostatecznie więc wchodzimy do PKS-u jadącego bezpośrednio do Woli Uhruskiej (Воля Ухруска), co wyszło nam na plus.
Obrazek

Wysiadamy na szerokim placu - zatoczce. W środku trawa powoli dobiera się do pomnika z poprzedniej epoki.
Obrazek

Obiekt częściowo "zdekomunizowano" - tablica ze wspomnieniem o żołnierzach polskich i radzieckich na razie została, usunięto drugą z groźnym tekstem: "Pokój, Wolność, Socjalizm".
Obrazek

Za drogą drewniany budynek dworca. Zamknięty na dziesięć spustów, pomazany przez kiboli wyklętych, ale prawdopodobnie w sezonie wakacyjnym kursują tędy pociągi w kierunku Włodawy. Co ciekawe - stacja nosi nazwę "Uhrusk", a nie "Wola Uhruska".
Obrazek

Wieża ciśnień z końca XIX wieku i bijący pokłony Andrzej.
Obrazek

Takie tabliczki przystankowe to też już zabytek.
Obrazek

Nad wsią w ostatnich latach postawiono wieżę widokową, z której podobno rozciąga się panorama starorzeczy Bugu. No to idziemy!
Obrazek

Wieżę ulokowano na wzgórzu zwanym "Pomnik", bowiem w 1900 roku odsłonięto na nim popiersie Aleksandra II, a w uroczystości miał brać udział sam Mikołaj II, wracający z Chełma do Petersburga. Na pewno wówczas teren ten był znacznie mniej zalesiony.
Obrazek

Piękne widoki na okolice okazały się piękną ściemą - z góry można się napatrzeć jedynie na wioskę i drzewa. Być może, aby zobaczyć starorzecza albo i sam Bug, trzeba najpierw coś wciągnąć albo przynajmniej porządnie łyknąć...
Obrazek
Obrazek

Z punktu widzenia widokowego wieża to porażka, przed deszczem także nie ochroni, więc po kiego grzyba ją tu stawiano? Podejrzewam, że służy głównie jako miejsce libacji...

Jedynym jej plusem był fakt, że udało nam się nabrać Bubę i radośnie wlazła na najwyższe piętro, żeby zobaczyć te wszystkie nadbużańskie cuda :D.
Obrazek

Wracamy do wioski aby zjeść obiad. Wyczailiśmy restaurację, lecz kręci się tam niepokojąco dużo ludzi.
- Komunie - stwierdza Eco.
- Eee, przecież jest sobota! - odpowiadam.
Niestety, okazuje się, iż tutaj komunistów wyświęcają w szabat. Cholera...

Za linią kolejową widzimy jakieś parasole obok marketu, więc podchodzimy. Pizzeria, w dodatku z biegającymi wszędzie dzieciakami w czasie urodzin, ale obsługa sympatyczna. Dobre i to, zostajemy. Przy okazji można zrobić zakupy i uroczyście przekazać je bagażowemu ;).
Obrazek

Pizza jest tu całkiem smaczna i ogromnych rozmiarów - dawno takiej nie widziałem! Nie dajemy radę zjeść całości, zabieramy jeden wielki kawałek na wieczór do ogniska.
Obrazek

Przed godziną 17-tą ruszamy w końcu w drogę! Nawet pogoda zaczęła się poprawiać, momentami wychodzi słońce...
Obrazek

...chociaż licho do końca o nas nie zapomniało i czai się na horyzoncie.
Obrazek

Tuż za tablicą miejscowości wyjeżdża z bocznej szosy samochód i zatrzymuje się. Babka otwiera okno i woła:
- Podwieźć??
Takie stopy lubię najbardziej - które same nas znajdują :D.

Daleko nie jedziemy - do sąsiedniego Uhruska (Угруськ). Wysiadamy na końcu miejscowości, pod remontowaną cerkwią - jedną z nielicznych, która przetrwała niszczycielskie akcje w latach 30. i późniejszych. Pierwszą świątynię prawosławną wzniesiono w Uhrusku już w 1220 roku, tą współczesną wybudowano w 1849 (wtedy należała do unitów) i podlega pod parafię we Włodawie.
Obrazek

W ogóle dzisiejsza wieś w dawnych wiekach była ważnym ośrodkiem, istniał tu gród książąt halickich i prawosławne biskupstwo, zniszczone w XIII wieku przez Tatarów.

Kościół katolicki stoi bardziej w centrum. Parafia także ma kilkuwiekową historię, natomiast barokowy dom Boży pochodzi z XVIII wieku.
Obrazek

Ponieważ zbliża się na deszcz, więc idę go obejrzeć samemu. W drzwiach mijam się z jakimś facetem.
- Skąd pan przyjechał? - zainteresował się widząc nieuhryńską gębę.
- Z Opola.
- Z Opola Lubelskiego? - upewnia się.
- Nie, ze śląskiego - odpowiadam uprzejmie.
- Niemożliwe!
A jednak :D.

Pozostała część ekipy okupuje klimatyczny przystanek.
Obrazek

Wkrótce rzeczywiście zaczyna przez chwilę lać, więc sprytnie schowani spędzamy czas na różnych rozgrzewających zabawach.
Obrazek

Idziemy dalej. Przed nami długa prosta.
Obrazek

Pamiętacie Ministerstwo Głupich Kroków Monty Pytona? Od razu mi się one przypomina widząc to przejście dla pieszych, tylko, że tutaj mamy do czynienia także z Ministerstwem Głupich Urzędników i Drogowców!
Obrazek

Starannie oznakowane pasy (uwaga na dzieci!) z rowu odwadniającego na podmokłą łąkę! Genialne!

Kolejna wioska to Siedliszcze (Седлище). Obok drogi położony jest cmentarz prawosławny, założony w XIX wieku (wtedy jeszcze jako unicki). Stan zachowania nagrobków jest różny, na nowszych mogiłach brak charakterystycznych wschodnich krzyży, więc być może chowają tam także katolików.
Obrazek

Suniemy przed siebie. Czasem trafi się drewniany dom, czasem upierdliwy kundel.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Z okien autobusu widzieliśmy w wiosce sklep, lecz godzina prawie wieczorna, więc go zamknięto. Siadamy zatem pod remizą.
Obrazek

Na ścianie tabliczka z adresem świetlicy gromadzkiej, zatem musieli ją przymocować przed 1972 rokiem.
Obrazek

Za rogiem czai się ceglano-murowany pomnik poświęcony żołnierzom radzieckim. Rosyjski napis jest częściowo nieczytelny.
Obrazek
Obrazek

Po półgodzinnym odpoczynku stwierdzamy, że za bardzo rzucamy się tu w oczy i należy zacząć szukać miejsca na nocleg. Odbijamy od asfaltówki na czerwony Szlak Nadbużański, który przez wiele kilometrów biegnie równolegle do rzeki.
Obrazek

Za mostem skręcany w polną ścieżynkę i rozglądamy się za placem pod namiot. Znajdujemy je jakieś pół kilometra dalej, przy kolejnej przeprawie nad wijącą się Uherką, dopływem Bugu. Nie powinniśmy być tutaj widoczni z drogi i wioski, raczej nie grozi nam rozjechanie przez pijanego rolnika (co zawsze bardzo niepokoi Bubę), a dodatkowo dookoła pełno opału na rozpałkę ogniska.
Obrazek

Problemem są natomiast owady, które wraz z zapadającymi ciemnościami stają się coraz bardziej natarczywe i upierdliwe. Sądzimy, że to tymczasowa agresja z powodu bliskości wody. Ależ jesteśmy naiwni...
Obrazek

Wieczór upływa spokojnie. Na ogniu skwierczy wuszt i boczek, także cebula. Nie mogło zabraknąć zapiekanek i ocalonego kawałka pizzy.
Obrazek

Około 21.30 mrok przecina para świateł. Wydaje nam się, że to jeden z nielicznych samochodów poruszających się drogą wojewódzką z której zeszliśmy. Jednak jakieś te lampy są inne i wyraźnie się powiększają. Po chwili nie mamy już wątpliwości, że ktoś kieruje się w stronę Bugu, a więc pewnie i nas! Nieznajomi przejeżdżają przez most i skręcają w stronę obozowiska. Ahaaa... miejscowi czy funkcjonariusze? A może przemytnicy? Eco przeczytał, że w tych rejonach jest ich cała masa.

Pojawia się terenówka i staje kilka metrów przed ogniskiem. Wychodzi dwóch facetów w mundurach.
- Dobry wieczór, straż graniczna - rzuca jeden z nich, na co Andrzej odpowiada wesoło:
- Ooo, przyjechaliście panowie na kolację? - co wyraźnie zbija nieproszonych gości z tropu ;).
Nie wiemy, czy ktoś nas usłużnie podkablował SG czy może zauważyli dzięki swojemu sprzętowi kontrolującemu granicę. Rozmowa jest miła i bez żadnych pretensji - wiedzieliśmy, że prędzej czy później dojdzie do takiego spotkania, więc wszystko przebiega niejako zgodnie z planem. Oddajemy dokumenty do sprawdzenia czy nie jesteśmy poszukiwani na terenie Unii Europejskiej, po czym strażnicy udzielają nam kilku cennych porad:
- nie kąpać się w Bugu, bo jest zdradliwy,
- nie wolno w ogóle do niego wchodzić, bo to karalne,
- zakaz zbliżania się do brzegu na bliżej niż 15 metrów, gdyż to pas drogi granicznej.
Zwłaszcza to ostatnie mocno mnie zdziwiło, bowiem wielokrotnie szliśmy nad rzeką i nigdy nie było żadnych problemów, ba - raz nawet mieliśmy kontrolę dosłownie nad samym Bugiem. Coś się pozmieniało??
- Ja tu mam bloczek mandatowy na takie okazje, 500 złotych - pokazuje jeden ze strażników.
Dziwne.
- A gdybyśmy chcieli przejść czerwonym szlakiem? - pytam.
- To trzeba to zgłosić.
Dostaję kartkę z numerem telefonu, także do sąsiedniej placówki.

Cały czas czekamy na potwierdzenie z jakiejś centrali czy nie jesteśmy na bakier z prawem (chłopaki z SG najpierw myśleli, że to koczowisko nielegalnych imigrantów :D). Ogień trzaska, a światła Land Rovera błyskają w tle.
Obrazek

W końcu SG odjeżdża życząc nam miłej nocy. I taka będzie - pierwsza w poleskim plenerze. Nastrój trochę psuje lekki deszcz, który wygania nas do namiotów, ale wierzymy, że jutro będzie lepiej.
https://picasaweb.google.com/110344506389073663651
http://hanyswpodrozach.blogspot.com/
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś"
Awatar użytkownika
Pudelek
Turysta
Turysta
Posty: 2696
Rejestracja: 23 czerwca 2008, 17:43
Lokalizacja: Oberschlesien

Re: Polesie Wołyńskie: królestwo komarów, muszek i innych bydląt

Post autor: Pudelek » 30 maja 2018, 17:35

Pobudka nad Uherką jest upalna, namiot szybko zmienia się w saunę. Czyżbyśmy spali aż do południa, że zrobiło się tak gorąco? Eco spogląda na zegarek: godzina 6:50...

Otwieramy wejście i moment ten od razu wykorzystują komary i inne robale. Utonąć w pocie czy zostać pokąsanym? Wybór należy do ciebie!
Obrazek

Mimo wpuszczenia powietrza i tak w środku za długo wysiedzieć nie można. Na zewnątrz od razu zostajemy dodatkowo zaatakowani przez insekty. Posiadamy oczywiście odstraszające środki chemiczne, ale te działają mniej więcej tyle, ile czuć ich zapach, czyli może kilkadziesiąt minut. A na etykiecie pisze: do 7 godzin. Jaaasne.

Jedynym sposobem na odgonienie małych potworów jest dym - ze skręcików i ogniska. Tego nadal boją się jak lewak święconej wody.
Obrazek

Podczas śniadania cały czas towarzyszy nam samolot straży granicznej: lata nad nami z dobrą godzinę. Do granicy i z powrotem, w lewo, w prawo, znowu wraca, zniża lot... Sprawdza, czy nadal jesteśmy we trójkę? Ciekawe ile pieniędzy kosztowało podatników obserwowanie naszego obozowiska? :D

Potem postanowiliśmy z Andrzejem wykąpać się w Uherce. Łatwo pomyśleć, trudniej zrobić - rzeczka ma zarośnięte brzegi, nurt silny, woda mętna. Dna nie widać, ale raczej jest głęboko. To chyba ją mieli na myśli pogranicznicy podczas wieczornych odwiedzin, kiedy mówili, żeby się nie kąpać - co prawda padło wtedy hasło "Bug", ale przecież pluskanie się w Bugu i tak jest zabronione ;).

Ostatecznie udaje nam się zejść do rzeki i wykorzystać betonowy, częściowo zalany próg pod mostem, gdzie można zanurzyć się po kostki. Do opluskania wystarczy, pływać nikt nie miał zamiaru w takich warunkach.
Obrazek

Zbieramy się około godziny 10-tej, co jest bardzo wczesną porą na kresowych wędrówkach.
Obrazek

Główną atrakcją dzisiejszego dnia miało być przejście polami wzdłuż Bugu (ale nie nad samą rzeką). Prowadzi tam długodystansowy czerwony Szlak Nadbużański. Szliśmy nim kawałek dwa lata temu obok Jabłecznej i pamiętaliśmy, że oznakowania prawie nie było, a miejscami trzeba było przedzierać się przez trawsko po pas.

Wczoraj widzieliśmy świeżo malowane znaki przy głównej drodze, mamy więc nadzieję, że w końcu ktoś o niego zadbał. Przy drugim moście, do którego musieliśmy się wrócić, świeci się biała i czerwona farba.

I to był ostatni znaczek, najwyraźniej potem zabrakło funduszy! Początkowo to nie przeszkadza, bowiem idziemy szeroką polną drogą.
Obrazek

W oddali sterczą słupki graniczne i żółte tablice, na których pisze, że zaczyna się tam pas drogi granicznej z zakazem wejścia. A więc racje mieli wieczorem funkcjonariusze SG, iż w tej okolicy wejście na brzeg Bugu grozi mandatem!
Obrazek
Obrazek

Pięknie ukwiecone łąki - raz żółte, raz białe.
Obrazek
Obrazek

Od czasu do czasu od naszej drogi odbijają boczne, ale staramy się trzymać głównego kierunku. Chyba idziemy w miarę dobrze?
Obrazek
Obrazek

Droga zmienia się w ścieżkę i to coraz mniej widoczną. Prawdopodobnie jakiś czas temu jechał tędy samochód terenowy, bo inaczej nie byłoby niczego... Narastają wątpliwości, zwłaszcza na rozstajach, których jest coraz więcej.
Obrazek

Żadnych charakterystycznych punktów, żadnego odniesienia. Mapa także nie pomaga. Dookoła żywej ludzkiej duszy, wydawać by się mogło, że zostaliśmy sami na całej planecie.
Obrazek

Nagle słyszymy odgłosy silnika dobiegające od strony granicy. Ktoś chyba się zakopał i rozpaczliwie próbuje wyjechać z błota, którego spotykamy sporo. Potem dobiegają do nas krzyki i niezrozumiałe przekleństwa. Zastanawiamy się, czy to Polacy, czy raczej Ukraińcy? Odległość wskazywałaby na tych drugi, Buba zaś twierdzi, że darli się po polsku...

Kolejne skrzyżowanie na pustkowiu. Wybieram skręt w prawo. Przechodzimy przez małe bajorko i wtedy zza krzaków wyjeżdża na nas patrol straży granicznej. Chyba pierwszy raz ucieszyłem się na ich widok ;).

Z auta wyskakuje krótko ostrzyżona kobieta, ewidentnie zdziwiona naszą obecnością. Jej partner zostaje w środku. Mówimy, że idziemy szlakiem, na co tylko macha ręką, co potwierdza nasze obserwacje, że istnieje on tylko na mapie. Pokazuje nam w którym kierunku mamy iść:
- O, tamten lasek, musicie go obejść z prawej strony.
To mniej więcej tam, gdzie szliśmy, ale takie potwierdzenie zawsze jest cenne.
SG nawet nie sprawdza nam dokumentów - albo z tego wszystkiego o tym zapomnieli albo (co bardziej prawdopodobne) mieli już dawno nasze dane, bowiem byli z oddziału w Woli Uhruskiej, czyli tego samego, co panowie z wczoraj.
Obrazek

Poinformowaliśmy ich o odgłosach silnika i krzykach dochodzących znad rzeki, co wyraźnie wywołało służbowe zainteresowanie, więc po chwili jechali już w tamtym kierunku, a my dreptaliśmy w stronę wskazanego lasku.
Obrazek
Obrazek

Idziemy, idziemy, a odbicia na prawo do lasu brak. Chyba coś przeoczyliśmy! Trudno, może miniemy go z lewej strony, byle odbić się w końcu od Bugu. Szczęście nam sprzyjało, na małym wzgórzu zobaczyliśmy uszkodzoną tablicę i... oznaczenie szlaku :D.
Obrazek

Zgodnie z sugestią strażników zaczęliśmy uważnie przypatrywać się linii drzew i dojrzeliśmy niebieską kopułę cerkwi w ukraińskiej Huszczy (Гу́ща).
Obrazek

Najbliższa polska miejscowość to Hniszów (Хнишув). W niedzielne wczesne popołudnie panuje senna atmosfera zachęcająca do lenistwa. Siadamy zatem na chwilę w chłodzie przystanku autobusowego.
Obrazek
Obrazek

Na słupie szlakowskazy! Najwyraźniej odpowiedzialni za oznaczenie doszli do wniosku, że dzisiaj i tak wszyscy używają GPS-ów, więc po co wysilać się i malować cokolwiek w terenie?
To miałoby sens, gdyby w miejscowościach biało-czerwone paski nie trafiały się co kilkadziesiąt-kilkaset metrów.
Obrazek

Kiedyś w wiosce (jak w większości miejscowości) znajdował się dwór. Nie przetrwał państwa robotników, chłopów i inteligencji pracującej, bardziej trwały okazał się dworski park. Znaki zakazu (nota bene ustawione po niewłaściwej stronie) zabraniają wjazdu na jego teren, a więc muszą się pojawiać amatorzy takiego sportu.
Obrazek

Ozdobą parku jest dąb Bolko. Według legendy odpoczywał pod nim Bolesław Chrobry podczas wyprawy na Kijów. Odpoczywał jako zdobywca, bowiem tereny te - wchodzące w skład Rusi Czerwonej (zwanej też Grodami Czerwieńskimi) - nie znajdowały się wówczas pod władaniem Piastów.
Obrazek

Legenda oklepana (w nich zawsze pojawia się jakiś znany władca, który relaksuje się pod drzewem), ale, rzecz jasna, nieprawdziwa. Dąb ma "tylko" 400-650 lat, a żeby gościć Chrobrego musiałby przeżyć ponad tysiaka. Nie zmienia to faktu, iż to piękny okaz (obwód 870 cm, wysokość 29 metrów) i chyba w dobrej kondycji. W parku ma za towarzystwo jeszcze 11 innych pomników przyrody.
Obrazek

Żar leje się z nieba. Łakomym okiem spoglądamy na mijane jeziorka.
Obrazek
Obrazek

Dochodzimy do drogi wojewódzkiej, która wygląda zupełnie niewojewódzko. A raczej - wojewódzko w stylu wschodnio-polskim ;).
Obrazek

Będziemy łapać stopa, więc stajemy w lesie, w niewielkiej zatoczce. Komary tylko na to czekają!
Obrazek

Ruch jest niewielki. Przejeżdża obok nas patrol SG, którego spotkaliśmy na polach. Podwieźć nas nie chcą (bo to już nie ich rejon), a zakopany w nadbużańskim błocie samochód rzeczywiście należał do Polaków "których poniosła fantazja".

Czekamy ze 20 minut i już chcieliśmy iść z buta, gdy nagle zatrzymują się dwa auta. Podbiegam do tego z tyłu.
- говорите по-русски? - rzuca młody kierowca.
- Maybe in English? - kontruję. Maybe.
Pytam się, czy podrzucą nas do najbliższej wioski. Nazwa nic im nie mówi, ale jadą główną drogą, więc nie ma problemu. Ładujemy się do obu samochodów, bo podróżują razem. Dopiero wsiadając zauważyłem, że mają litewskie blachy, ale okazuje się, iż to Ukraińcy, którzy przez Dorohusk wracają do siebie z "łupem" ;).

Po kilku minutach jesteśmy w Świerżach (Сверже). Pierwsze kroki kierujemy do sklepu pod zabudowaną werandę, która służy jednocześnie jako knajpa.
Obrazek

Mimo niedzieli niehandlowej sklep działa, bo za ladą stanął właściciel, biegający co chwilę między pułkami. Ludzi sporo, same chłopy. Na początku wydawali się niezbyt sympatycznie nastawieni do turystów: niektórzy przypakowani, niektórzy mocno wypici, głośno dyskutują o swoich sprawach. Kiedy jednak rozsiedliśmy się to zaczęliśmy budzić zainteresowanie i już wkrótce wszyscy ze sobą wesoło gawędzili.
Obrazek

Najpotężniejszy z tubylców - Bartek - przynosi zestaw piwa i mówi, że to na drogę. Co za gościnność! Ale to nie wszystko, wkrótce lądują przed nami kolejne "napoje piwne" (współczesne wynalazki pomiędzy normalnym piwem a cydrem).
- Nie wypuszczę was, dopóki nie spróbujecie wszystkich smaków - ostrzega nasz dobroczyńca. Cieszyć się czy obawiać? :D Eco chwali wypijane trunki jak dziki, twierdzi, że takich dobrych to nigdy nie pił, ani nawet nie widział :P. Pozostała dwójka jest mniej entuzjastyczna, ale i tak bardzo zadowolona.

Aby trochę się przewietrzyć robię szybką rundę po wiosce, która do XIX wieku posiadała prawa miejskie. Kiedyś niedaleko od sklepu stała drewniana cerkiew. Pozostał po niej pusty plac z krzyżem i kilkoma nagrobkami.
Obrazek

To efekt tzw. akcji rewindykacji cerkwi, prowadzonej w okresie międzywojennym. Warto o niej wspomnieć zwłaszcza tym, którzy żyją mitami dotyczącymi II Rzeczpospolitej i uważają ją prawie za państwo idealne, a na pewno prawe i sprawiedliwe.

W ogólnym założeniu chodziło o odzyskanie świątyń katolickich, które w okresie zaborów zostały skonfiskowane przez władze carskie i przekazane prawosławnym. Pierwsza z akcji, trwająca do 1925 roku, była prowadzona częściowo spontanicznie i dotyczyła obiektów, gdzie po wojnie mocno skurczyła się liczba prawosławnych, a istniało zapotrzebowanie na kościoły dla katolików (przy czym większość unitów zmuszona przez Rosjan do przejścia na prawosławie po odzyskaniu niepodległości przy nim pozostała i nie wróciła pod skrzydła Watykanu). W dawnej guberni chełmskiej 165 cerkwi przekazano katolikom i w większości przypadków nie budziło to większych kontrowersji.

W 1929 roku ruszyła druga "rewindykacyjna" - tym razem postanowiono wyburzyć cerkwie "zbędne". Przy czym o tym, które są niepotrzebne, decydowały władze, co często nie miało odbicia w rzeczywistości. Z zaplanowanej likwidacji 97 obiektów rozebrano "jedynie" 23, po czym działania te przerwano wskutek protestów prawosławnych. Zlikwidowano m.in. cerkwie w Janowie Podlaskim i Różance.
Obrazek

Trzecia faza to lata 1937-1938. W Warszawie stwierdzono wówczas, iż konieczne jest kolejne uderzenie w ortodoksów, tłumacząc to polską racją staną i stłumieniem ukraińskiego ruchu narodowego. Oficjalnie znów chodziło o likwidację świątyń "zbędnych" i nieczynnych, a także usunięcie skutków rusyfikacji z czasów carskich, bowiem miejscowych prawosławnych uznano za zruszczonych Polaków. Tak jak za cara określono ziemię chełmską "pradawną ruską krainą", tak za sanacji były to "tereny odwiecznie polskie". Metody polonizacji nie-katolików bardzo przypominały te sprzed kilkudziesięciu lat, gdy próbowano wyplewić polskość: zakazano nauki języka ukraińskiego na Chełmszczyźnie i Podlasiu, nawet w liturgii kościelnej nakazano używać polskiego. Zdarzały się przypadki siłowego nawracania na rzymski katolicyzm przy udziale wojska, czyli dokładnie tak samo, jak Rosjanie postępowali z unitami.
Przede wszystkim jednak ostro wzięto się za prawosławne cerkwie: w województwie lubelskim zniszczono 127 obiektów, w tym 91 cerkwi, 10 kaplic i 26 domów modlitwy. Większość budynków była nadal używana przez Ukraińców/Rusinów, na liście strat znalazły się nawet miejsca pielgrzymkowe. Niektóre rejony zostały całkowicie pozbawione prawosławnej struktury kościelnej. Podczas rozbiórki profanowano obrazy i niszczono wyposażenie. Do prac używano zazwyczaj żołnierzy, strażaków, więźniów lub zatrudniano robotników z dalszych okolic. Zastraszona ludność zazwyczaj nie stawiała czynnego oporu, choć zdarzały się przypadki starć, po których na prawosławnych spadały wysokie kary pieniężne.
Obrazek

Te akcje "zbrodniczej wręcz głupoty" (jak określił je jeden ze specjalistów ds. stosunków polsko-ukraińśkich) przyniosły na ziemi chełmskiej - co oczywiste - efekt odwrotny do zamierzonego:
- zamiast polonizacji społeczeństwo ukraińskie zwarło szyki i zawiesiło wewnętrzne spory,
- konwersji na katolicyzm dokonało maksymalnie 10% "odszczepieńców" (część zmuszona siłą), reszta pozostała przy starym kulcie,
- państwo polskie zaczęło być traktowane jako wrogie (w dawnej Galicji wśród części ludu ukraińskiego było tak od dawna, natomiast w byłej Kongresówce nastroje panowały dotychczas inne),
- względnie pokojowe współistnienie Polaków i Ukraińców uległo załamaniu, nastąpił wyraźny wzrost ukraińskich nastrojów nacjonalistycznych, co dało efekt już kilka lat później,
- kolejnym wrogiem został kościół katolicki, który niesłusznie był oskarżany o inicjowanie wyburzeń cerkwi (księża chyba zdawali sobie sprawę, że przyniesie to więcej szkody niż pożytku).

Władze sanacyjne planowały kolejne działania, które do 1941 roku miały całkowicie oczyścić województwo lubelskie z ludności prawosławnej i ukraińskiej ("w Polsce tylko Polacy są gospodarzami, pełnoprawnymi obywatelami i tylko oni mają coś w Polsce do powiedzenia"). Okazało się jednak, że historia ma inne plany (choć ostatecznie taki sam efekt został osiągnięty dzięki PRL-owi).

Na zakończenie tego przydługiego i smutnego wywodu dodam tylko, iż cerkiew w Świerżach została wybudowana około 1770 roku, a zniknęła z krajobrazu w 1938.

Główną ulicą wracam do sklepu. Do niedawna nosiła jeszcze inną nazwę.
Obrazek

W parku pomnik powstańców styczniowych. W lipcu 1863 roku stoczyli tu przegraną potyczkę z Rosjanami.
Obrazek

Pod sklepem atmosfera coraz bardziej familijna. Pojawiają się propozycje pozostania w wiosce i nocowania u kogoś na jego gruntach. Niby fajnie, ale czulibyśmy się trochę ograniczeni, zresztą do tego czasu moglibyśmy mieć pewne zaburzenia świadomości ;).
Obrazek

Pojawia się też młody, krótko obcięty koleś.
- Oni są ze Śląska, twoi ziomkowie - wołają do niego.
Facet obrzucił nas niechętnych wzrokiem.
- No co ty, czy oni wyglądają jak hanysi?
Nie wiem czy wyglądamy, ale 2/3 ekipy nimi było.

Nowo przybyły pochodzi ze Świerż, ale długi czas mieszkał w Żorach. Podobno wrócił w rodzinne strony, bo "hanysi to #@%#". Rzecz jasna wcześniej nie przeszkadzało mu to, żeby tam pracować. Teraz z jednej strony namawia mnie na nocleg w jego drugim domu, a jednocześnie przy wychodku opowiadał Bubie, że powinniśmy dostać wpie...l. Rozdwojenie jaźni??

Smaki piwnych eksperymentów kończą się, więc możemy ruszyć dalej :). Żegnamy się wylewnie z (prawie) wszystkimi, to było bardzo miło spędzone kilka godzin.

Cienie powoli zaczynają robić się coraz dłuższe..
Obrazek

Na cmentarzu kaplica przypominająca mi muzułmańskie mauzolea oraz ogromna figura Maryi na jednym z grobów.
Obrazek

Za wsią odbijamy w boczną asfaltówkę, licząc, że znajdziemy tam jakieś miejsce na nocleg. W oddali widać las - to dobry znak!
Obrazek
Obrazek

Niestety, okazał się być zarośniętym bagniskiem z milionami komarów. Nawrót do drogi i przecinamy kilka pól. Znajdujemy świetne osłonięte miejsce między małym laskiem, a niewysokim zagajnikiem. Niby blisko drogi, ale kompletnie nas nie widać.
Obrazek

Robactwo atakuje! Rozstawianie namiotu i rozpalenie ogniska to walka z czasem i kolejnymi ukąszeniami.
Obrazek

Gdy konar zapłonął od razu zrobiło się przyjemniej. Tym razem nie mieliśmy żadnych nocnych odwiedzin, choć w pewnym momencie na szosie ktoś głośno się wydzierał, jednak potem przetransportował się dalej.
Obrazek
https://picasaweb.google.com/110344506389073663651
http://hanyswpodrozach.blogspot.com/
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś"
Awatar użytkownika
PiotrekP
Administrator
Administrator
Posty: 7701
Rejestracja: 22 kwietnia 2009, 11:33
Lokalizacja: Świdnica
Kontakt:

Re: Polesie Wołyńskie: królestwo komarów, muszek i innych bydląt

Post autor: PiotrekP » 31 maja 2018, 10:24

Trudno mi zrozumieć jak można prowadzić takie "czystki etniczne" i to z pomocą państwa. Państwo powinno wspierać ich odrębność i pomagać w zachowaniu odrębnych kultur i zwyczajów, to tylko wzbogaca naszą tożsamość. Dewastacja starych cmentarzy to i u nas występuje, ile różnych małych cmentarzyków jest zarośniętych i właściwie tylko jesienią czy wiosną można tam jeszcze dojrzeć nagrobki. Pamiętajmy, że po nas też tylko tyle pozostanie, a naszą powinnością powinno być zachowanie tych miejsc, bo jak my nie zadbamy o to, to o nasze też nikt nie zadba.
Góry są piękne i niech takie pozostaną.

Nasze Wędrowanie
Awatar użytkownika
Pudelek
Turysta
Turysta
Posty: 2696
Rejestracja: 23 czerwca 2008, 17:43
Lokalizacja: Oberschlesien

Re: Polesie Wołyńskie: królestwo komarów, muszek i innych bydląt

Post autor: Pudelek » 31 maja 2018, 12:08

Dla większości polityków ideałem jest państwo homoetniczne i jednowyznaniowe. Polska taka właśnie teraz jest - efekt przesunięcia granic, wysiedlenia nie-Polaków oraz rozproszenia pozostałych grup etnicznych. Niby jest stabilniej, ale nudno. Czy jesteś w Warszawie, czy w Poznaniu czy w nadbużańskiej wiosce właściwie wszystko to samo...
https://picasaweb.google.com/110344506389073663651
http://hanyswpodrozach.blogspot.com/
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś"
Awatar użytkownika
buba
Turysta
Turysta
Posty: 1489
Rejestracja: 05 lipca 2011, 11:35
Lokalizacja: Oława
Kontakt:

Re: Polesie Wołyńskie: królestwo komarów, muszek i innych bydląt

Post autor: buba » 31 maja 2018, 22:26

Niszczenie cerkwi na pewno bylo barbarzynstwem i takie akcje sa bardzo smutne... ale z drugiej strony to osobiscie sie ciesze, ze kraj w ktorym zyje jest w miare homoetniczny. Czym sie konczy zbyt wymieszany tygiel roznych narodowosci i wyznan to mozna sobie poogladac na Bałkanach czy Kaukazie. Ciekawe zeby tam pojechac i pozwiedzac ale mieszkac zdecydowanie wole w nudnym kraju ;)
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną, cała reszta jest wynikiem tego ,że ją wybrałam..."

na wiecznych wagarach od życia..
Awatar użytkownika
Pudelek
Turysta
Turysta
Posty: 2696
Rejestracja: 23 czerwca 2008, 17:43
Lokalizacja: Oberschlesien

Re: Polesie Wołyńskie: królestwo komarów, muszek i innych bydląt

Post autor: Pudelek » 01 czerwca 2018, 14:56

W sumie spodziewałem się takiej odpowiedzi ;) Podane tu przypadki są jednak skrajne i, moim zdaniem, wynikają nie tylko z powodu różnic etniczno-religijnych - po prostu to są rejony, gdzie zawsze brano się za łby, taka ich specyfika ;)
https://picasaweb.google.com/110344506389073663651
http://hanyswpodrozach.blogspot.com/
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś"
Awatar użytkownika
PiotrekP
Administrator
Administrator
Posty: 7701
Rejestracja: 22 kwietnia 2009, 11:33
Lokalizacja: Świdnica
Kontakt:

Re: Polesie Wołyńskie: królestwo komarów, muszek i innych bydląt

Post autor: PiotrekP » 02 czerwca 2018, 17:56

W różnorodności jest siła, tylko trzeba to wykorzystać, a nie tłamsić coś na siłę. Niszczenie czegokolwiek, a szczególnie zabytków kultury czy cmentarzy to już wandalizm i utrata korzeni.
Góry są piękne i niech takie pozostaną.

Nasze Wędrowanie
Awatar użytkownika
Pudelek
Turysta
Turysta
Posty: 2696
Rejestracja: 23 czerwca 2008, 17:43
Lokalizacja: Oberschlesien

Re: Polesie Wołyńskie: królestwo komarów, muszek i innych bydląt

Post autor: Pudelek » 04 czerwca 2018, 19:30

Kolejny nocleg w poleskim plenerze jest bardzo podobny do wcześniejszego: rano budzi nas wysoka temperatura i słońce przebijające się przez zagajnik, a na zewnątrz czają się małe zwierzątka żądne krwi! W takich warunkach rozpalenie ogniska to konieczność.
Obrazek

Na nodze odkrywam spory bąbel wypełniony płynem; wieczorem na pewno go jeszcze nie było. Ponieważ zdaje się powiększać, więc decyduję się na przekłucie. Prawdopodobnie było to oparzenie od jakiejś rośliny, a nie pogryzienie, czego nie można powiedzieć o dziesiątkach innych śladów. Na Kresach przeważnie musimy walczyć z robactwem, ale ten rok pobił wszystkie pozostałe razem wzięte!

Pora na śniadanie...
Obrazek

...i domową czarnogórską rakiję o smaku malinowym :P. Trochę przypomina syrop, ale ewidentnie z alkoholem ;).
Obrazek

Dziś zwijamy obozowisko około 11-tej. Do drogi mamy ze sto metrów, od razu na zatoczkę z przystankiem. Nie wiemy jednak, czy coś kursuje, bowiem brak tabliczek.
Obrazek

Nawet tu insekty nie odpuszczają i to mimo wysokiej temperatury. One chyba nie boją się niczego!

Próbujemy łapać stopa, lecz ruch jest niewielki (wcześniej pojawiało się więcej osób, ludzie jechali do roboty). Wtem w oddali pojawia się sylwetka autobusu! PKS Chełm! Wsiadamy, część robali razem z nami.
Obrazek
Obrazek

Busa opuszczamy w Dorohusku (Дорогуськ). Siedziba gminy, więc liczymy na jakiś lokal, w którym będzie można spożyć obiad. Nadzieja matką głupich.

Generalnie Dorohusk składa się z jednej długiej ulicy i wszystko co najważniejsze stoi właśnie przy niej. Na przykład drewniany pomnik Piłsudskiego. Przynajmniej podejrzewam, że to marszałek, a nie jakiś wąsaty, smutny leśniczy.
Obrazek

Po drugiej stronie szosy w parku na postument wsadzono armatę. Kompozycja została ustawiona z inicjatywy weteranów i ma czcić ofiary ostatniej wojny.
Obrazek

Na początku roku gruchnęła wieść, że pomnik ma zostać rozebrany. Czym miałby podpaść IPN-owi? Może tym, że prawdziwi bohaterowie dzisiejszej władzy zginęli, a nie zostali weteranami? Na szczęście była to plotka i na razie działu nic nie grozi.

Mniej szczęścia miał skromny kamień w pobliżu przejazdu kolejowego - znajdowała się na nim tablica upamiętniająca "drogę męczeństwa obywateli polskich i radzieckich pomordowanych w latach 1941-1944". Nie wiem o jaką "drogę męczeństwa" chodzi (w czasie wojny w Dorohusku był obóz dla żydów) ani co było niestosownego w tym tekście? No chyba, że mordowanie obywateli radzieckich nie było czymś złym albo godnym do wspomnienia na polskiej ziemi? W każdym razie teraz został tylko głaz i ogrodzenie.
Obrazek

Suniemy drogą w kierunku z którego przybyliśmy, daremnie wypatrując jadłodajni. Zagaduję przechodzącą kobietę:
- Nieee, tu nic nie ma - kręci głową. - Może tylko na przejściu granicznym.
Na pewno coś tam będzie, gdyż na Ukrainę wyjeżdża tędy sporo samochodów, a sznur ciężarówek widać aż na wiadukcie, który mijaliśmy. Ale nie bardzo pasuje nam taka opcja...

Eco twierdzi, że w był już w Dorohusku wirtualnie (na internetowych mapach) i znalazł bar niedaleko dworca kolejowego. Nie bardzo mu wierzę, więc wysyłam go na zwiady. Wraca "z tarczą" - rzeczywiście jest tam knajpa! Właściwie to połączenie spelunki ze sklepem, którego główną klientelą są ukraińscy kierowcy TIR-ów. I miejscowi o nim nie wiedzą??
Obrazek
Obrazek

Rozkładamy bambetle na zewnętrznych stolikach (tutaj także atakują pojedyncze komary). Menu obiadowe liczy kilkanaście pozycji, lecz pan poleca gyros... Eco z Bubą zamawiają, bo liczą na to, że to danie popisowe kucharza ze świeżym mięsem. Może też być dokładnie odwrotnie - w gyrosie łatwiej ukryć stare produkty, których należy się pozbyć :D.

Wizualnie wygląda dobrze, w smaku... da się przeżyć ;).
Obrazek

Mnie najbardziej ucieszyła opcja skorzystania... z prysznica! Płacę dychę i mogę dokonać pełnego oczyszczenia. Nie wszyscy jednak garnęli się pod wodę ;).

Wewnętrzny wystrój przypomina lata 90.. Z telewizji dobiegają dźwięki disco-polo. Ciekawe czy na tym garnku nadal grzeją wodę dla klientów?
Obrazek
Obrazek

Siedząc w knajpie obserwujemy ruch na dworcu i peronach. Tędy przebiega najkrótsza linia kolejowa z Warszawy do Kijowa.
Obrazek

Idąc w stronę baru wzbudziliśmy zainteresowanie strażników granicznych - jedna z funkcjonariuszek szła za nami kilkaset metrów, udając, że zajmuje się czymś innym. Potem odpuściła, widząc, że wchodzimy do lokalu. A gdzie niby mieliśmy podążać, skoro to ślepa odnoga od głównej drogi?

Czujność to podstawa, zatem trwa dokładne sprawdzanie podwozia wagonów w składach towarowych, a ukraiński szynobus obstawiono, jakby w środku tłoczyła się grupa syryjskich uchodźców.
Obrazek

Dziś ma do nas dołączyć Grzesiek, więc monitorujemy jak mu idzie podróż z Zagłębia w naszą stronę. Okazuje się, że całkiem sprawnie, zatem pewnie spotkamy się szybciej, niż sądziliśmy. W tym celu musimy wrócić do centrum, okolice dworca są od niego oddalone.
Obrazek

Kolejka ciężarówek na wiadukcie w kierunku Ukrainy.
Obrazek

Przejazd kolejowy - w oddali widać niebieski most graniczny.
Obrazek

Główna droga nosiła do niedawna nazwę "1 Armii Wojska Polskiego". To już nieaktualne. Pamięć o tysiącach żołnierzy wykrwawiających się od przedpola Warszawy po Berlin (a wcześniej pod inną nazwą aż od Lenino) została w Dorohusku wymazana. To już jest tak idiotyczne, że aż szkoda komentować...
Obrazek

Warto dodać, że w lipcu 1944 roku oddziały polskie wraz z radzieckimi sforsowały w Dorohusku Bug i tym samym miejscowość została pierwszym terenem we współczesnych granicach Polski odbitym z rąk Niemców.

Sklep niczym dworek szlachecki albo zajazd.
Obrazek

W innym sklepie, w środku wioski, nagle podchodzi do mnie jakiś facet i ściska rękę:
- To wy siedzieliście wczoraj w sklepie w Świerżach? Słyszałem, słyszałem...
Znał nawet moje imię! Wieści się szybko roznoszą ;). Pogadaliśmy chwilę i zniknął, życząc nam powodzenia.

W miejscowości zachowało się kilka pojedynczych zabytków. Cerkiew zburzyli Polacy w okresie sanacji, lecz częściowo przetrwał pałac. Chcielibyśmy z Andrzejem go obejrzeć, ale w naszą stronę zbliża się już autobus z Grzesiem, do którego mamy wejść. Problem jest taki, że nie wiadomo, kiedy dotrze on do Dorohuska, gdyż nawet tutaj brak jakichkolwiek rozkładów jazdy! Ostatecznie zostawiamy Bubę i plecaki na przystanku, a sami ruszamy na poszukiwania.

W pewnym momencie zaczynamy biec, aby zdążyć ;). Na zakręcie widać pozostałości dawnego założenia dworskiego - resztki angielskiego parku z wysokimi drzewami oraz dwoma nagrobkami rodziny Suchodolskich.
Obrazek
Obrazek

Pozostałości jednego z bastionów z XVI wieku.
Obrazek

Pałac wybudowano w XVIII wieku i długo należał do rodu Suchodolskich herbu Janina. Po uwłaszczeniu chłopów przez władze carskie w 1864 roku ówczesny właściciel sprowadził w te okolicy niemieckich kolonistów. Mieszkali w Dorohusku do II wojny światowej, kiedy to hitlerowcy wywieźli ich w Kraj Warty, a ich miejsce zajęli Polacy stamtąd.

Budynek został mocno uszkodzony w 1920 roku w czasie wojny polsko-bolszewickiej, a dotychczasowi gospodarze sprzedali go Druckim-Lubeckim. Akurat trafiliśmy na kompleksowy remont dachu. Szału architektonicznego nie ma...
Obrazek

Sprint w kierunku przystanku opłacił się, zdążyliśmy na autobus, gdzie nastąpiło przywitanie z Grzesiem. Po kilku kilometrach wyłazimy w lesie obok skrzyżowania do wioski Turka (Турка).
Obrazek

Gonię grupę nastolatków, którzy także jechali z nami busem i pytam się o sklep. Owszem, jest, kawałek dalej w centrum Turki. Nie spodziewaliśmy się go w tak małej miejscowości, to miła niespodzianka.
Obrazek

Wioska sprawia bardzo kontrastowe wrażenie: z jednej strony ubogie gospodarstwa, chłopaki wyciągający wiadrem wodę ze studni, a z drugiej wypasione wozy. Nawet na starych chałupach obowiązkowo antena satelitarna.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Polna droga w kierunku cmentarza żołnierskiego z okresu Wielkiej Wojny i wojny polsko-bolszewickiej.
Obrazek

Obok płotu siedzi dwóch młodych w roboczych strojach. Obrzucają mnie spojrzeniem, które nie było zbyt przyjazne.
- A dokąd to idziemy? - pada badawcze pytanie.
- A do sklepu. Daleko to?
- Niee, to już prawie tutaj - ton głosu od razu się zmienia ;).
Chwilę potem słyszę, że zagadują Bubę skąd jesteśmy i fachowy komentarz jednego z nich:
- Ha, wiedziałem, że z zachodu!

Sklep w Terce jest sympatyczny, choć z niewielkim wyborem. Brak spirytualiów, mają za to wina. Na zadaszonym ganku ustawiono ławeczkę dla klientów.
Obrazek

Sprzedawca sugeruje, aby jednak udać się na tyły, są tam miejsca do siedzenia. Tak też czynimy, więc nikt nas nie niepokoi, a i strażników moralności nie trzeba się obawiać.
Obrazek
Obrazek

Na pogawędkach czas leci szybko i ani się obejrzeliśmy, a zaczęło się zbliżać ku wieczorowi.
Obrazek

Wracamy przez wioskę w kierunku głównej drogi. W barakowozie zapalono już lampę.
Obrazek

Znowu rozpoczynamy poszukiwania dogodnego miejsca noclegowego, dzisiaj na dwa namioty. Najwłaściwsze byłoby na pograniczu łąk i lasów, co zawsze powtarza Eco. Po niecałym kilometrze odbijamy w las i wychodzimy na rzeczoną łąkę. Ponieważ widać stąd prześwitujące między drzewami zabudowania, więc przemieszczamy się kawałek dalej wzdłuż linii lasu.
Obrazek

Tam czeka na nas miejsce idealne - zagajnik z miękkim podłożem. Nikt nie ma szansy nas tu dojrzeć, nie licząc samotnego wędkarza, kręcącego się po wale nieodległego zbiornika wodnego. On wkrótce i tak zniknie, zostaniemy sami z nadciągającą nocą.
Obrazek
Obrazek

Nie byłoby wieczoru bez ogniska, co wszyscy musieli oficjalnie uwiecznić.
Obrazek

Ranek jest początkowo pochmurny, co przyjmujemy z ulgą. Oczywiście nie ma wytchnienia od komarów i muszek, one nie biorą urlopów.

Tradycyjną potrawą kresową jest u nas jajecznica! Wtorek to jedyny dzień, kiedy cały czas podróżujemy w czteroosobowym składzie, tak więc przygotujemy ją właśnie teraz. Zamiast butli i palnika użyjemy ogniska.
Obrazek
Obrazek

Ciągłe mieszanie to podstawa, choć dym nie ułatwia zadania. Ale rezultat końcowy znakomity...
Obrazek
Obrazek

Nasze domostwo (Grzesiek sprawił sobie nowy namiot).
Obrazek

W wędrówkę zbieramy się późno, w samo południe. Pierwszy odcinek do przejścia to ledwie kilkaset metrów.
Obrazek

Interesuje nas zalew Husynne - zbiornik retencyjny powstały w latach 60. poprzez zalanie nieużytków. Na brzegu znajduje się całkiem fajna plaża z piaskiem, są też drewniane pomosty z zakazami kąpieli. W tle widać samochody wędkarzy i łódki.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Taka okazja do pływania może się nie powtórzyć, zatem cała czwórka solidarnie chce wejść do wody - na początek przetestuje ją Eco, nasz mors.
Obrazek

Pozostali mają pewne obiekcje co to temperatury, ale ostatecznie wskoczą po kark wszyscy :).
Obrazek
Obrazek

Nie wiemy czy na brzegu zainstalowano kamery reagujące na nagusów czy może alkohol (kilka napisów groźne ostrzega, że wejście z tym zabójczym trunkiem jest surowo wzbronione), ale po jakimś czasie pojawia się wóz straży. Tym razem nie granicznej, lecz pożarnej. Początkowo podjeżdżają do wędkarzy w drugiej części zalewu, potem grupowo zmierzają w naszą stronę. Niestety, mają pecha, bowiem zdążyliśmy już się ubrać i właśnie opuszczamy plażę.
Obrazek

Ku kolejnej przygodzie, która zacznie się na tym skrzyżowaniu, gdzie skręcimy w lewo.
Obrazek
https://picasaweb.google.com/110344506389073663651
http://hanyswpodrozach.blogspot.com/
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś"
Awatar użytkownika
Pudelek
Turysta
Turysta
Posty: 2696
Rejestracja: 23 czerwca 2008, 17:43
Lokalizacja: Oberschlesien

Re: Polesie Wołyńskie: królestwo komarów, muszek i innych bydląt

Post autor: Pudelek » 07 czerwca 2018, 16:46

Husynne (Хусынне) - niewielka wieś nad Bugiem. Kiedyś posiadała cerkiew, dwór i duży folwark. Obecnie to senna miejscowość z osiedlem niskich bloków, będących pamiątką po PGR-ze.
Obrazek

Idąc od strony głównej drogi widzimy na skraju lasu kaplicę grobową Rulikowskich (dawnych właścicieli majątku) z XIX wieku, która po wojnie służyła przez pewien czas jako kościół katolicki.
Obrazek
Obrazek

Niezłej jakości asfaltem kierujemy się do "centrum", mijając zabudowania gospodarcze, które pierwotnie zapewne leżały na terenie folwarku, a potem "zaopiekowało" się nimi państwo. Niezły tam rozpiździel.
Obrazek

Na balkonach bloków suszy się pranie, atmosfera leniwego południa. Ale nie po to tu przyszliśmy, szukamy sklepu, choć - prawdę pisząc - nie miałem większej nadziei na owocne zakończenie.
Obrazek

Zagadujemy kobietę za płotem. Sklep jest! "Taki mały, tam, prosto". Idziemy, ale nie bardzo go widać, więc jeszcze raz zasięgamy języka i trafiamy :D. Sklep to blaszana buda wielkości przystanku autobusowego. Na potrzeby Husynnego chyba wystarcza.
Obrazek

Rozsiadamy się na plecakach i wzdychamy z ulgą, bo nasze zapasy były już skromne. Za dużego wyboru nie ma, lecz do przeżycia starczy.

Przybycie turystów wzbudziło zainteresowanie miejscowych; wkrótce pojawiają się najbliżsi sąsiedzi, czyli Stanisław i Janek. Zamieszkują odległy o kilkanaście metrów budynek, który opisują jako dawny dworek. To raczej nieprawda, bowiem wszelkie znane mi źródła mówią, że ten już nie istnieje. Zresztą jego bryła wydaje się za skromna. Najprawdopodobniej jest to rządcówka.
Obrazek

Panowie są towarzyscy i chętni do rozmowy. Janek zabiera Eco do parku pałacowego, który przetrwał zawirowania historyczne. Mocno zdziczały, ale zawsze coś. Wcale to nie jest takie oczywiste, biorąc pod uwagę, że w wiek temu działali tu prekursorzy ministra Szyszki - w 1905 roku zbuntowani chłopi wycinali dworskie lasy.
Obrazek

Wśród drzew można spotkać kilka pomników przyrody, a park kończy się starorzeczem Bugu. Z rozciągających się dalej pól dochodzi wściekły ryk jakiego quada.
Obrazek

Z dawnego majątku ocalała gorzelnia, niezbędna w okresie Polski Ludowej.
Obrazek

Starszy z braci, Stanisław, zostaje z nami na dłużej. Ma 69 lat i urodził się w Husynnym. Bardzo zdenerwował się, gdy jakiś młodzik powitał go hasłem: "co tam w Wehrmachcie?". Opowiada o tym, jak kiedyś jeździł po Polsce do rozsianej w różnych miejscach rodziny. Niestety, z czasem kontakt zaczyna się urywać, więc nie skorzystamy z zaproszenia na nocleg i domowe przetwory.
Obrazek

Grzesiek pyta się, ilu ludzi teraz mieszka w wiosce. A tamten wylicza...
- Tu mieszka 20, w blokach 40, tam mieszka tylu i tylu... 80...
- 80 osób?
- 82 lata miał ten, co mieszkał tam, potem był jeden co liczył 79... - i tak wyglądał rozmowa :P. W rzeczywistości według Wikipedii kilka lat temu Husynne zamieszkiwało dokładnie 281 człowieków.

Ponieważ w sklepie posiadają tylko sikacze, to próbujemy wypytać o możliwości zakupu swojskich produktów alkoholowych. Nic z tego - ktoś ponoć pędzi, ale się boi, więc nie sprzedają. Odnoszę wrażenie, że od kilku lat coraz trudniej coś takiego nabyć: społeczeństwo zostało tak podzielone, że wielu tylko czeka, aby kogoś podkablować lub dokopać, więc producenci są jeszcze ostrożniejsi niż kiedyś.
Zamiast bimbru niektórzy mogą zaproponować czystą wódkę ze strefy bezcłowej, ale to akurat nas nie interesuje...

Zanim ruszyliśmy w dalszą drogę to zadzwoniłem do straży granicznej, której numery dostałem od patrolu pod Uhruskiem. Funkcjonariusz z Dorohuska był zdziwiony naszym telefonem; ponieważ będziemy szli nad samą granicą, to chciałem oficjalnie zgłosić nasze przejście.
- Odkąd? Aha. Dokąd? Bez rowerów? A kto państwa potem odbierze?
- Nikt. Mamy plecaki i namioty, śpimy w plenerze.
Chwili konsternacji po drugiej stronie.
- Ahaaa... Ee... Dobrze, to potem proszę zgłosić to kolejnej jednostce, bo to już nie nasz rejon.
Byle pozbyć się problemu. A wystarczyłoby "przekazać" nas dalej, lecz tu chyba kompletny brak przepływu informacji, bo kontrolująca nas w sobotę Wola Uhruska nie zgłosiła naszej obecności. Dziwne.

Ostatnie zakupy i znów trzeba podreptać. Wracamy do czerwonego Szlaku Nadbużańskiego, który biegnie obok terenów gospodarczych. Kiedyś działała tam stacja benzynowa.
Obrazek
Obrazek

Gorzelnia od drugiej strony.
Obrazek

Szutrowe drogi w dalszej części wioski z licznymi bocianimi gniazdami. Na skrzyżowaniu w budynku dawnej spółdzielni umieszczono kościół.
Obrazek
Obrazek

Opuszczając Husynne przechodzi mnie myśl, że te wszystkie miejscowości są architektonicznie okaleczone: starą cerkiew zburzyli Polacy w 1938, dwór zniszczono po wojnie. Zostały jakieś resztówki bez większej wartości. Zabudowa jest wszędzie do siebie podobna, ciężko zapamiętać coś, bo odróżniałoby osadę X od osady Y. Już nawet nie porównuję z wioskami czeskimi czy niemieckimi, ale nawet zestawiając z terenami Ziem Wyzyskanych to próżno szukać tu czegoś naprawdę ciekawego... Bezpłciowość.

Szlak mija ostatnie gospodarstwa. Chyba nie wszyscy kochają obrońców polskiej granicy.
Obrazek
Obrazek

Po minięciu ostatniego domu liczba latającego robactwa gwałtownie wzrasta (co nie oznacza, że przedtem były nieobecne). Zatrzymanie się powoduje liczne ataki. W użycie idą środki chemiczne, ale skuteczniejszy jest ciągły ruch. Ilości komarów i muszek na pewno zwiększają starorzecza.
Obrazek

Tym razem szlak jest dobrze oznakowany, dodatkowo biegnie tędy długodystansowa trasa rowerowa, która jest mocno promowana.
Obrazek
Obrazek

Pojawia się "prawdziwy" Bug. Brak słupków i tabliczek, więc ktoś może nawet się nie zorientować, że to granica. Możliwe, że na to strażnicy liczą?
Obrazek
Obrazek

Po chwili znów oddalamy się i przecinamy pola oraz łąki. Z oddali słychać odgłosy pracy kombajnów.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Przerwa na polnym skrzyżowaniu.
Obrazek

I przed siebie - droga jest tylko jedna.
Obrazek

Między drzewami rozlokowały się niewielkie Kolemczyce (Колемчице). Mieszka w nich 13 osób i jest to najmniejsza wioska gminy Dorohusk. Kiedyś była ludniejsza, przeważali tu unici, potem zmuszeni do przyjęcia prawosławia. Co najmniej od połowy 19. wieku działała cerkiew. Po Wielkiej Wojnie polskie władze nie wydały zgody na jej ponowne otwarcie, a w 1938 roku zburzyły. Gdzieś wśród krzaków obracają się w pył ostatnie nagrobki prawosławnego cmentarza...
Obrazek

Kolemczyce leżą tuż nad rzeką. W kwietniu 1944 roku Bug forsowały wspólnie partyzanci radzieccy i polscy. Skutecznie.
Obrazek

Jedyny słupek graniczny jaki spotkaliśmy na swojej drodze. Dzięki przecince widać też żółto-niebieski odpowiednik po ukraińskiej stronie.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

W tym momencie spostrzegamy, że horyzont zaczyna się niepokojąco ściemniać i to w różnych stronach jednocześnie! Ewidentnie zbiera się coś nieprzyjemnego.
Obrazek
Obrazek

Przyspieszam kroku, aby zdążyć dojść do najbliższej wioski, którą jest Uchańka (Уханька). Niebo chmurzy się coraz bardziej, słońce zostało zakryte.
Obrazek

Z boku sterczy stary drewniany krzyż drewniany i niekompletny murowany.
Obrazek

Na pętli autobusowej wskakuję pod metalowy przystanek. Wkrótce za mną zjawia się Andrzej. Tymczasem do ciemnego nieba doszły odgłosy grzmotów dochodzący jakby z trzech kierunków naraz!
Obrazek

Eco zostaje z plecakami aby czekać na resztę, ja ruszam rozejrzeć się za sklepem, lecz akurat ta miejscowość jest go pozbawiona. Co za pech! Na pocieszenie mogę obejrzeć kilka drewnianych domów.
Obrazek

W drodze powrotnej mija mnie wóz SG. Nie zareagowali, ale zaczepili pozostałą trójkę - po informacji, że zgłaszaliśmy przejście telefonicznie, pojechali dalej. Na krótko - mija kilka minut i wracają w większym gronie.
- Muszę jednak was spisać - mówi kierowca. Musi? Czy raczej musi się przed kimś wykazać? Może to pokazówka dla tego, kogo odebrali w wiosce. - Do jakiej jednostki dzwoniliście? Co dalej zamierzacie? Macie zamiar iść drogą czy szlakiem?
K...a, a jakie to ma znaczenie? Czy oni naprawdę myślą, że przepłyniemy z plecakami Bug i poprosimy Poroszenkę o azyl??
I znowu wychodzi, że kolejne posterunki pograniczników w ogóle nie przekazują sobie informacji o podejrzanych osobach! Gdy kiedyś chodziliśmy wzdłuż granicy z Białorusią to straż graniczna dokładnie wiedziała gdzie idziemy, gdzie śpimy, a nawet pod którym sklepem siedzieliśmy! Kolejne patrole były dokładnie "oświecone" przez poprzedników. A tu - nic! I oni chcą chronić granicę przed przemytnikami, terrorystami i nielegalną imigracją?? Kpina.
A gdyby zdarzył się turysta na dwóch kółkach co dziennie przejeżdża kilkaset kilometrów to chyba musiałby dzwonić do kilkunastu kolejnych strażnic, aby zgłosić swą obecność!
- Gdzie pan mieszka? - pytają Grzesia, bo w nowych dowodach nie ma adresu.
- W Sosnowcu.
- O, na Śląsku...
Ręce opadają.
- Nie, w Zagłębiu.
- Ahaaa... - po minie widać było, że ta nazwa nic im nie mówiła ;).

Kontrola pojechała, burza została. Na Ukrainie wali jak nad syryjskim niebem. Drugi front ciągnie z zachodu. Siedzimy trochę jak w kleszczach, komary atakują. Po pewnym czasie na horyzoncie trochę się przejaśnia, więc uznajemy, że najgorsze minęło i postanawiamy ruszyć w kierunku szosy wojewódzkiej.

Na końcu wsi wznosi się tzw. kopiec Kościuszki. Upamiętnia on bitwę pod Dubienką z 1792 roku. Było to starcie przez wojska Rzeczpospolitej przegrane (choć w niektórych tekstach napisano coś innego), ale przecież w Polsce czci się głównie porażki. Na usprawiedliwienie trzeba dodać, że żołnierze polscy wycofali się w szyku, a straty Rosjan były wyższe.
Obrazek

Kopiec usypano w 1861, lecz szybko został zniszczony przez carskie władze. Następnie zrekonstruowano go po 1918 roku, ale znowuż splantowali go w czasie wojny Niemcy z Ukraińcami. Dopiero w 1964 stanął po raz trzeci. Jest wysoki na 10 metrów i szeroki na 20. Maszty przyozdobiono trzema mozaikami, na jednej z nich umieszczono... żołnierza radzieckiego. Kościuszko Ruskich bił, ale cóż z tego? :D Po upadku PRL-u czerwonoarmistę wymieniono na order Virtuti Militari.
Obrazek
Obrazek

Do głównej drogi niedaleko. Łudzimy się, że może złapiemy stopa na Dubienkę, lecz nie jeździ kompletnie nic. W dodatku zaczyna siąpić. Postanawiamy wycofać się na pobliski przystanek - solidny, bo z cegieł.
Obrazek
Obrazek

Nadciąga burza numer dwa, a może trzy - ta ze wschodu. Zaczyna padać i to ostro. Piorunami rąbie najpierw słabo, następnie coraz mocniej. Już kilka razy mieliśmy wychodzić, gdy nagle walnęło, a łoskot słychać było nawet przez kilkanaście sekund, jak gdyby wagon beczek toczył się po schodach. Brzmiało to przerażająco! Ja stwierdziłem, że w takich warunkach nigdzie nie idę i już zaczęliśmy powoli zastanawiać się nad noclegiem pod dachem.
Obrazek

Musielibyśmy jednak rozstawić w środku namiot, bo inaczej robactwo zostalibyśmy pożarci przez robactwo. Ale czy się tutaj zmieści?

Ostatecznie nie musieliśmy odpowiadać na to pytanie, gdyż około 20.30 deszcz w końcu ustaje, a burza odchodzi. Wychodzimy na mokrą jezdnię.
Obrazek
Obrazek

Warunki na rozbijanie obozu nie są zbyt sprzyjające, lecz nie mamy zbyt dużego wyboru. Idziemy około kilometra asfaltem wypatrując odbicia do lasu. Mijamy łączkę, lecz w oddali świeci jakiś dom, musimy zatem pójść jeszcze kawałek dalej. Ostatecznie rozkładamy się na przecince, dookoła której w ciągu dnia muszą działać drwale.
Obrazek

Wiem, że się powtarzam odnośnie komarów i innych dziadostw, ale ich obecność była najbardziej charakterystycznym elementem tegorocznej wyprawy: po deszczu są jeszcze agresywniejsze niż zazwyczaj, co wydawało się niemożliwe! Las jest bardzo mokry, jednak udaje nam się rozpalić ognisko. Na pobliskiej łące podnoszą się mgły, które potem wślizgują się między drzewa, co nadaje specyficznego klimatu.
Obrazek

W ostatnie wieczory Eco chodził spać niemal punktualnie jak w zegarku w okolicach godziny 22-giej. Dzisiaj rozmowa zeszła na duchy, zjawy, zjawiska paranormalne oraz inne tematy z tego gatunku, więc tym razem postanowił zostać dłużej z nami, zamiast samotnie leżeć w namiocie :P.
Obrazek

Mój ostatni wieczór na Polesiu dobiegł końca...
https://picasaweb.google.com/110344506389073663651
http://hanyswpodrozach.blogspot.com/
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś"
Awatar użytkownika
Pudelek
Turysta
Turysta
Posty: 2696
Rejestracja: 23 czerwca 2008, 17:43
Lokalizacja: Oberschlesien

Re: Polesie Wołyńskie: królestwo komarów, muszek i innych bydląt

Post autor: Pudelek » 12 czerwca 2018, 12:11

Jak po nocy przychodzi dzień, tak po wieczornych opadach nie ma śladu i środowy poranek na Polesiu Wołyńskim jest wyjątkowo upalny. Mimo, że jesteśmy w większości otoczeni drzewami, to temperatura bardzo szybko rośnie w górę.

Dziś wracam już do domu :(. Niestety, w tym roku mój wyjazd na wschód musi być krótszy. Ale lepszy taki, niż żaden.

Moje ostatnie ognisko, ostatnie pakowanie. Idziemy w kierunku drogi wojewódzkiej, mijając znak zakazu wjazdu, który ewidentnie nie pochodzi z Polski. Może z Czech?
Obrazek

Pomimo upału latające robactwo nie próżnuje, trzeba wręcz okładać się gałęziami, aby je odpędzić. Poranne wyjście z namiotu w bieliźnie Andrzej skomentował okrzykiem:
- Co robisz, życie ci niemiłe??

A my musimy cisnąć pieszo przez las, bo szans na złapanie stopa nie ma.
Obrazek

Asfalt zaczyna się topić. To chyba najcieplejszy dzień całej wyprawy.
Obrazek

Granice administracyjne Dubienki (Дубенка). Chcieliśmy sobie zrobić przy tabliczce zdjęcie "z przesłaniem", ale okazała się powieszona zbyt wysoko w stosunku do naszych planów.
Obrazek

Po jakimś czasie pojawiają się domy. Sporadycznie trafi się coś drewnianego, ale oka na czym zawiesić nie ma.
Obrazek
Obrazek

Próbujemy zasięgnąć języka. Mija nas mocno wyperfumowana pani z pełną tapetą, ubrana w kusą spódniczkę, szpile i kręcącą tyłkiem, jakby miała hemoroidy.
- Przepraszamy, czy...
- Nie teraz, spieszę się do pracy! - usłyszeliśmy szybkie warknięcie. Biorąc pod uwagę jej prezencję to charakter życia zawodowego wydawał się oczywisty...

W Dubience znajdują się dwa kościoły. Pierwszy objawia się katolicki z XIX wieku, wybudowany w miejscu starszego, który spłonął.
Obrazek

W środku zachowało się trochę barokowego wyposażenia z poprzednika.
Obrazek

W bramie-dzwonnicy zwróciłem uwagę na jedno z nowszych epitafiów: w opisie zasług zmarłego wypisanego, iż... był synem jakiegoś żołnierza, rannego w bitwie prawie wiek temu. Ja rozumiem, że bycie osobiście poszkodowanym w obronie kraju to powód do domy, ale żeby chwalić się raną swojego ojca?? Chyba z braku własnych istotnych osiągnięć
Obrazek

Drugą świątynią jest cerkiew prawosławna w centrum. Powstała w 1909 roku jako reprezentantka stylu bizantyjsko-ruskiego na gruncie, który przekazał w darze moskiewski kupiec. Udało jej się uniknąć rozbiórki w 1938 roku, ale od 1946, kiedy pozbyto się Ukraińców, niszczała, czasowo pełniąc rolę magazynu.
Obrazek

Cerkiew chyba nadal nie pełni normalnych funkcji sakralnych (podlega pod parafię w Chełmie), ale akurat trafiliśmy na remont dachu. Obchodzę ją dookoła uwieczniając aparatem prace, co ewidentnie nie spodobało się robotnikom pracującym na jednej z wież.
- Nie wolno! - wrzeszczy jeden z nich wymachując w moim kierunku... siekierą.
Niestety, wolno. Zdjęcia wykonywałem z ulicy, a takie obiekty sakralne również nie są prywatne i mogę dowolnie je fotografować. Panowie chyba się bali, iż w świat może pójść lekceważenie przez nich przepisów BHP...
Obrazek

Dubienka do czasów ostatniej wojny posiadała prawa miejskie, więc istnieje tutaj coś na kształt rynku i dawny ratusz. Są też dwa lub trzy sklepy, ale lokalu gastronomicznego oczywiście brak. Siadamy zatem obok marketu, dobrze zaopatrzonego. Ekipa się cieszy, że zrobi porządne zakupy na dalszą drogę.
Obrazek
Obrazek

Omawiają gdzie pójdą, gdzie się wykąpią, a mnie pozostaje tego tylko słuchać ze smutkiem. Ja już mam inne plany narzucone przez los...

Po wiosce kręci się wóz SG z załogą podejrzanie się na nas patrzącą, ale nie mieli odwagi zaczepić.

Idę zrobić jeszcze kilka zdjęć.

Na dużym placu czołg T-34, ustawiony w 1974 roku. Tablicę na polecenie IPN zdjęto, maszyna zostaje.
Obrazek

Drewniana zabudowa.
Obrazek

Długo nie umiałem znaleźć przystanku autobusowego, a okazał się być położony na rogatkach wsi przy rzeczce Wełniance.
Obrazek

Jeden z okupujących go dzieciaków bardzo się zawiódł, że nie jestem fotografem z google maps, bo tak bardzo chciał być w sieci :D.

Wełnianka to moja południowa granica - dalej już nie pójdę. Budynek stojący za mostem pozostawiam do obejrzenia reszcie ekipy.
Obrazek

Przed wyjazdem na Polesie analizowałem mapę i zastanawiałem się dokąd dotrzemy? Stwierdziłem, że najprawdopodobniej właśnie do Dubienki, trafiłem więc idealnie :D. Trochę żałowałem, że nie udało się z położonym bardziej na południe Horodłem, ale cóż... Zresztą pozostała trójka wymyśliła, iż je miną i udadzą się bardziej w głąb kraju.

Podjeżdża mój autobus. Żegnam się, kupuję bilet, macham przez okno... i to już prawie koniec. Prawie, bowiem do połączenia którym zajadę na Śląsk mam jeszcze wiele godzin, więc trzeba je będzie jakoś wykorzystać.

Wysiadam w Białopolu (Білопілля), przy przelotówce z Chełma do Hrubieszowa. Zastaję tam bardzo durne rozwiązanie: część kursów wjeżdża do zatoczki, a część zatrzymuje się kilkadziesiąt metrów dalej przy słupku. Które? Nie wiadomo. Pytam się jakiejś babki, czy jedzie tam gdzie ja... Odpowiada, że tak, po czym... wsiada do pojazdu zdążającego zupełnie gdzie indziej. To tutaj normalne??

A tymczasem zbiera się na burzę.
Obrazek

W końcu załapuję się na busik. W trakcie jazdy podskakuję z tyłu pojazdu niczym na trampolinie, ale udaje mi się szczęśliwie dotrzeć do Hrubieszowa (Грубешів). Poza Chełmem to jedyne miasto, które odwiedziłem od soboty, choć nie jest to już teren Polesia (ale Rusi Czerwonej nadal tak).

Na samym początku mam problem, bowiem główny przystanek autobusowy to nie to samo, co dworzec PKS! Ten drugi znajduje się na zadupiu, gdzieś obok dworca kolejowego. Aby oszczędzić sobie wieczornych poszukiwań idę go zlokalizować właśnie teraz. No cóż, nie wygląda porywająco...
Obrazek

Po drodze mijam kilka kapliczek oraz krzyży wciśniętych między bloki i różne firmy...
Obrazek
Obrazek

...oraz zaglądam na ogromny cmentarz, na którym wypatrzyłem kilka ciekawych obiektów. Nietypowa jest zbiorowa mogiła kolejarzy, zamordowanych przez UPA na stacji wąskotorówki w Gozdowie.
Obrazek

Inne ofiary z Gozdowa - milicjanci - spoczywają niedaleko.
Obrazek

Zabytkowe nagrobki bez strasznej przeszłości.
Obrazek

Niewielka część cmentarza należy do parafii prawosławnej. Kilkanaście grobów z cyrylicą, jeden chyba ma krzywicę.
Obrazek
Obrazek

Jest też sektor wojskowy. Chowano na nim żołnierzy z wojny polsko-ukraińskiej, polsko-bolszewickiej i z lat 1939-1945 oraz z lat 40. XX wieku.
Obrazek
Obrazek

Jest w lepszym stanie niż ten, który widzieliśmy w Chełmie. Nie zabrakło też mogiły krasnoarmiejsców, a także utrwalaczy władzy ludowej. Kwestia, czy rzeczywiście oni tą władzę utrwalali, czy taką dorobiono im gębę, to inksza inkszość.
Obrazek
Obrazek

Kilka grobów "zasłużonych", zaczynających swą polityczną karierę w Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy.
Obrazek

Za płotem komin, resztki jakichś zakładów i miejsce libacji.
Obrazek

Wracam do miasta - czasu mam tyle, że na spokojnie je sobie zwiedzę. Najpierw jednak idę pomyłkowo w zupełnie innym kierunku, więc nadrabiam z dobre dwa kilometry spływającego płotu i ostatecznie odnajduję właściwą marszrutę.

Hrubieszów to najbardziej wysunięte na wschód miasto RP, kiedyś styk kilku kultur. Z tego też powodu udaję się najpierw na cmentarz żydowski, bowiem w XIX wieku wyznawcy judaizmu stanowili większość mieszkańców. W okresie międzywojennym wielu z nich udało się za ocean, a ich historię ostatecznie zakończyło hrubieszowskie getto - większość przetrzymywanych w nim żydów wywieziono do Sobiboru, pół tysiąca rozstrzelano na miejscu.
Obrazek

Na starym kirkucie zachowało się kilkadziesiąt macew, ale zza płotu ssą niewidoczne. Prawdopodobnie sporo fragmentów nagrobków spoczywa nadal pod ulicami, podwórkami i ogrodzeniami. Muszę się zadowolić dwoma pomnikami ofiar.
Obrazek

Miejscowym unitom służyła cerkiew Mikołaja Cudotwórcy, w okresie polskim zamieniona na katolicki kościół - sanktuarium Matki Boskiej Sokalskiej.
Obrazek

W środku trwa nabożeństwo z komunistami, więc spod drzwi obiektywem łapię obraz w głównym ołtarzu. To kopia, oryginał wywieziony z Sokala znajduje się w Krakowie.
Obrazek

Plebania i coś w rodzaju krzyża pokutnego w towarzystwie flag m.in. Śląska i Wielkiego Księstwa Krakowskiego.
Obrazek
Obrazek

Kolejny kościół - podominikański św. Mikołaja z XVIII wieku. Również nie udaje mi się wejść do środka z powodu komunistów, a w okolicy kręci się sporo elegancko ubranych ludzi, niektórzy są ozdobieni pokaźnych rozmiarów krzyżami na piersiach. Wyglądało trochę sekciarsko.
Obrazek

Vis a vis prawosławna cerkiew Zaśnięcia NMP, poświęcona w 1876 roku. Wzniosła ją ludność rosyjska, która osiedliła się w Hrubieszowie w okresie zaborów i, z wyjątkiem krótkiej przerwy po "Akcji Wisła", działa nieprzerwanie do dzisiaj.
Obrazek

Jest to niewątpliwie jedna z ładniejszych polskich cerkwi, posiada aż 13 kopuł - to krajowy rekord!
Obrazek

Ściany ozdobiono malowidłami z motywami religijnymi i świętymi.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Niestety, drzwi są zamknięte, więc pozostaje mi ruszyć dalej. W Parku Miejskim ustawiono pomnik Bolesława Prusa (urodził się w Hrubieszowie), na którym wygląda jak latynoski mafiozo.
Obrazek

Przy ulicy 3 Maja (dawniej Dzierżyńskiego) można zobaczyć kilka ciekawych budynków:
* Dom Kultury (w przeszłości im. Przyjaźni Polska-Radzieckiej). Ze środka dobiega ryk disco-polo, a na banerze reklama dyskontu z udziałem pani bardzo podobnej do kandydatki PiS na prezydenta Opola,
Obrazek

* dworek Du Chateau należący do rodziny wywodzącej się od żołnierza napoleońskiego,
Obrazek

* klasycystyczny dworek z 19. stulecia,
Obrazek

* pałacyk Kisewetterów (ten w środku z kolumnami),
Obrazek

Przy ratuszu wśród flagi polskiej i unijnej wisi... białoruska! Wiem, że w tych rejonach sympatie zawsze były blisko Mińska i Rosji, a nie Brukseli, ale żeby aż taka demonstracja?
Obrazek

"Sutki" czyli wąskie uliczki dawnej dzielnicy handlowej, w której dominowali żydzi.
Obrazek

Hrubieszowski rynek...
Obrazek

...na którym sterczy Pomnik Partyzanta. Gotowy do wyrzeźbienia już w latach 60. i 70. długie lata leżał w trawie na jednym ze skwerów. Odsłonięcia doczekał się dopiero w 2009 roku. Jego autor poświęcił go partyzantom "ziemi hrubieszowskiej". Którym? Tego nie wiem, choć dziś ma kotwicę Polski Walczącej, ale gdyby postawiono go kilkadziesiąt lat temu, to pewnie byłaby to Armia Ludowa.
Obrazek
Obrazek

Udaje mi się znaleźć lokal z jedzeniem, gdzie pożeram coś a'la chińskiego. Potem zakupy i bardzo powoli ruszam w kierunku dworca autobusowego. Tu i ówdzie przystaję aby podziwiać drewniane domy i różne spojrzenia na ten sam budynek.
Obrazek
Obrazek

Czy którąś z tych miejscowości uda się odwiedzić za dwa lata?
Obrazek

Podstawiony autobus dalekobieżny rodem z Wrocławia nie posiada klimatyzacji ani otwartego kibla, za to dwóch zrzędliwych kierowców. Dedykuję go wszystkim narzekającym na pewną zlikwidowaną firmę w barwach biało-czerwonych.

Miejsca na razie jest sporo, ale szybko się zapełnia. Dwie grube lesbijki kilkunastokrotnie zmieniają fotele, jakby pierwszy raz wybrały się w podróż komunikacją zbiorową. Facet za mną zabiera się do zabawy w internetowym kasynie. Starsza babka przede mną aktualizuje swój profil na portalu erotycznym, który uzupełnia seksownym zdjęciem młodej cichodajki ściągniętym gdzieś z sieci. Zapowiada się długa noc w kierunku Śląska...
https://picasaweb.google.com/110344506389073663651
http://hanyswpodrozach.blogspot.com/
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś"
Marshal23
Członek Klubu
Członek Klubu
Posty: 530
Rejestracja: 20 stycznia 2014, 12:57
Lokalizacja: Oleśnica/Wrocław

Re: Polesie Wołyńskie: królestwo komarów, muszek i innych bydląt

Post autor: Marshal23 » 16 czerwca 2018, 14:43

Uwielbiam te Wasze eskapady. Styl nienaruszony.Przeczytane od deski do deski. Pozdrawiam i czekam następnych
Awatar użytkownika
jck
Turysta
Turysta
Posty: 3081
Rejestracja: 14 listopada 2007, 22:57
Lokalizacja: Katowice
Kontakt:

Re: Polesie Wołyńskie: królestwo komarów, muszek i innych bydląt

Post autor: jck » 18 czerwca 2018, 10:48

Marshal23 pisze:
16 czerwca 2018, 14:43
Uwielbiam te Wasze eskapady. Styl nienaruszony.Przeczytane od deski do deski. Pozdrawiam i czekam następnych
Ditto.
Życie nie zaczyna się powyżej 5000 mnpm. Powyżej 6000 mnpm tym bardziej...
Odpowiedz